7 lipca pod siedzibą Polskiego Związku Działkowców (PZD) odbyła się manifestacja działkowców mieszkający na rodzinnych ogrodach (ROD). W pikiecie pod hasłami "Stop wysiedleniom" udział wzięło kilkadziesiąt osób, w tym przedstawiciele ROD przy ulicy Czechosłowackiej z Poznania, których protest głównie dotyczył. Na ręce władz PZD złożono petycję domagającą się zaprzestania kampanii wymierzonej przeciwko działkowcom, którzy mieszkają na ROD. Protestowi towarzyszyło duże zainteresowanie ze strony mediów. Była to trzecia z kolei demonstracja w obronie lokatorów ROD, dwie poprzednie odbyły się pod urzędem miasta i urzędem wojewódzkim.

Przypomnijmy, że zgodnie z danymi samego PZD na Rodzinnych Ogrodach Działkowych (ROD) w Poznaniu i okolicy zamieszkuje łącznie 3885 osób na 1787 działkach. Według danych mieszkańców skala zjawiska jest większa, a lokatorów działek przybywa. Blisko połowa z nich posiada zameldowanie. Zdecydowana większość znalazła się na działkach, bowiem nie miała innej możliwości zaspokojenia swoich potrzeb mieszkaniowych. W tej liczbie są również rodziny, które padły ofiarami "czyścicieli kamienic". Mieszkańcy działek pomimo starań o przydział mieszkań komunalnych, wielokrotnie spotykali się z odmową, bowiem gminy utrzymywały, że dzięki ROD zaspokojone mają potrzeby mieszkaniowe.

Pomimo protestów rozpoczętych z początkiem tego roku i rozmów odbytych w urzędzie miasta, poznański PZD kontynuuje działania, które ostatecznie mają spowodować wysiedlenie mieszkańców działek. Na przykład na ROD im. Mikołaja Kopernika przy ulicy Czechosłowackiej w Poznaniu, wypowiedziano umowy dzierżaw w 5 przypadkach, a członkostwo w PZD w 16 przypadkach. Jako powód wskazywano zamieszkiwanie działek. Podobne przypadki miały miejsce także na ogrodach w Suchym Lesie i w Swarzędzu. 22 lipca odbędzie się z kolei rozprawa o eksmisję przeciwko jednemu z działkowców, zamieszkującemu ogród przy ulicy Złotowskiej w Poznaniu. Jest to pierwszy tego typu znany nam przypadek. Niezależne od PZD organizacje działkowców, zawiązywane obecnie komitety protestacyjne oraz Wielkopolskie Stowarzyszanie Lokatorów, odbierają te działania jako wstęp do przymusowego wysiedlenia działkowców z poznańskich i pod poznańskich ogrodów.

Jak czytamy w oświadczeniu organizacji działkowców i PZD: "Koronnym argumentem PZD jest wprowadzenie nowej ustawy o ROD z 2013 r., która jednoznacznie zabrania zamieszkiwania na ROD i posiadania nadmetrażowych altan. Jednak za stanowiskiem mieszkańców działek przemawia Konstytucja RP, która w art. 75 jasno określa, że: Władze publiczne prowadzą politykę sprzyjającą zaspokojeniu potrzeb mieszkaniowych obywateli, w szczególności przeciwdziałają bezdomności, wspierają rozwój budownictwa socjalnego oraz popierają działania obywateli zmierzające do uzyskania własnego mieszkania." Tymczasem, jak dobrze wiemy, konstytucyjne zapisy były przez władze publiczne ignorowane. Według NIK samorządy zaspakajały zapotrzebowanie na mieszkania socjalne na poziomie niekiedy nieprzekraczających 1-2% rocznie. W okresie obowiązywania wyżej wspomnianego zapisu konstytucyjnego (od 1997 r.), budowano średniorocznie w Polsce jedno mieszkanie komunalne na gminę! W ostatnich latach buduje się ich coraz mniej, a w 2015 roku oddano do użytku najmniejszą liczbę mieszkań komunalnych od połowy lat 90. - 1687 lokali. Przy czym trzeba podkreślić, iż PZD zarządza ogrodami, które ulokowane są na gruntach w przeważającej mierze formalnie należących do samorządów. Polski Związek Działkowców jest faktycznie organizacją zawiadującą majątkiem i dobrem publicznym. Powstają oczywiście pytania:, dlaczego ustawa o ROD i interesy nomenklatury PZD mają być stawiane ponad art. 75 Konstytucji i ustawę o ochronie praw lokatorów? Dlaczego wytykana działkowcom samowola budowlana jest z taką gorliwością zwalczana, a z drugiej strony władze publiczne przez kilka dekad bezkarnie ignorowały potrzeby mieszkaniowe i zaniechały budownictwa socjalnego, łamiąc tym samym art. 75 Konstytucji?" Mieszkańcy działek domagają się abolicji.

Czytaj również na poznan.wyborcza.pl

Opublikowano w Informacje
wtorek, 21 czerwiec 2016 16:33

Protestowali mieszkańcy Sarmackiej

Dzisiaj, miała miejsce manifestacja mieszkańców osiedla przy ulicy Sarmackiej. Powstałe tam w latach 30 ubiegłego wieku domy dla bezdomnych, które zostały skomunalizowane. Obecnie na obszarze tym mieszka blisko 150 rodzin. Od 18-lat walczą one o unormowanie swojej sytuacji formalnej. Chcą, aby na podobnych zasadach jak mieszkania komunalne, pozwolić im na wykup domów, które w większości przypadków sami zmodernizowali czy wybudowali, lub na danie im innych gwarancji, że nie będą wysiedleni. Nie jest tajemnicą, że obszar ten był brany przez miasto pod uwagę, jako atrakcyjny cel inwestycji deweloperskich. Stąd obawy mieszkańców o swoją przyszłość.

Pod presją protestów w 2011 roku rada miasta Poznania przyjęła uchwałę, teoretycznie gwarantującą możliwość wykupu czy dzierżawy, ale do dziś nie uruchomiono w sprawie mieszkańców Sarmackiej odpowiednich procedur. Dodatkowo miasto unika dalszych rozmów, choć w kampanii wyborczej, obecny Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak, obiecywał "załatwienie problemu w ciągu dwóch miesięcy". Mija już 1,5 roku.

W proteście wzięło udział ponad 100 osób. Brały w nich udział także Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów oraz stowarzyszenia działkowców: Forsycja i Kajka.

 

Czytaj również Mieszkańcy Sarmackiej kłócą się z miastem o wykup działek. Protest przed urzędem

Czytaj również Miasto nie firma? Sarmacka chce spełnienia wyborczych obietnic.

 



Opublikowano w Informacje

Prawie 100 rodzin z ogrodów działkowych złożyło w piątek wnioski o mieszkania socjalne i komunalne. Bo z domów chce ich usunąć związek działkowców.

- Przeprowadziłam się z rodzicami na działkę 20 lat temu, gdy straciliśmy mieszkanie. Co mam teraz zrobić? Zamieszkać w urzędzie czy pod mostem? Krwawicą i płaczem do wszystkiego doszliśmy. Chcą nam to zabrać. Gdyby nie moje sześcioletnie dziecko, to bym wyjechała. Nic mnie tu nie trzyma - mówiła Barbara Iwańska podczas piątkowej pikiety przed Urzędem Miasta.

Przyszło tam ponad 100 działkowców wspieranych przez działaczy Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów. Skandowali: "Stop wysiedleniom!".

 

Cały artykuł czytaj na poznan.gazeta.pl

Czytaj rónież Ogródki działkowe. Koniec z mieszkaniem w altanie?





Opublikowano w Informacje
wtorek, 26 styczeń 2016 16:10

Rugowanie mieszkańców działek

22 stycznia podczas wizyty Rzecznika Praw Obywatelskich w Poznaniu przedstawiciele  stowarzyszenia ogrodów działkowych i ruchu lokatorskiego w imieniu wszystkich działkowców zwrócili się do niego z prośbą o przeprowadzenie postępowania wyjaśniającego. Chodzi o osoby, które z braku innej możliwości zamieszkują ogrody działkowe. Grozi im wysiedlenie. Problem może dotknąć setek tysięcy rodzin na terenie całego kraju.

W grudniu 2013 roku sejm uchwalił nową ustawę o Rodzinnych Ogrodach Działkowych (RDO). Niestety jest ona niekorzystna dla osób mieszkających na ogrodach działkowych, a także posiadających ponadnormatywne altany. Mimo wielu wniosków skierowanych do biur poselskich wszystkich partii politycznych od działkowców z różnych ogrodów z całej Polski politycy nie wzięli pod uwagę rzeczywistości polskiego społeczeństwa, a także realnego zagospodarowania działek w momencie wejścia w życie nowej ustawy o Rodzinnych Ogrodach Działkowych.

Po dwóch latach obowiązywania ustawy działkowców z różnych ogrodów w Polsce zaczynają dotykać konsekwencje nieadekwatnych przepisów. Ustawa o ROD z 13 grudnia 2013 r. wprowadziła w artykule 12 całkowity zakaz zamieszkiwania na ogrodach działkowych. Natomiast w artykule 13 wprowadziła zakaz posiadania altany mającej powyżej 35 m2, nie zważając na stan zabudowań w momencie uchwalania nowych przepisów. Tymczasem tylko Okręgowy Zarząd w Poznaniu w swojej uchwale w sprawie budownictwa ponadnormatywnego i zamieszkania na terenie działek przyznaje, że w przypadku poznańskich ogrodów zamieszkanych jest 1787 działek (czyli budynków postawionych na działkach ogrodowych), w tym 1348 na terenie Poznania i 439 poza Poznaniem. Łącznie dotyczy to 3885 osób. Jak czytamy w uchwale Okręgowego Zarządu PZD, w 1721 przypadkach osoby zamieszkujące działki posiadają meldunek. Według naszych szacunków problem jest o wiele szerszy i może dotyczyć nawet 5000 działek na terenie Poznania i 3000 działek poza Poznaniem. Skalę zjawiska w kraju trudno oszacować, ale dotyczy ono prawdopodobnie setek tysięcy rodzin.

Altany na ogrodach działkowych powstawały przez kilkadziesiąt lat, a ich wielkość nie była rygorystycznie przestrzegana. Po wielu latach Polski Związek Działkowców (PZD), który de facto dopuścił do tego stanu, chce egzekwować od działkowców przestrzeganie ustawy. Dzisiaj działki to jednak już nie tylko zagonki z warzywami, lecz dla niektórych cały majątek życia, a także ostatnia deska ratunku przed bezdomnością. W kraju, w którym duża część młodych ludzi nie ma perspektyw na godne życie i zakup własnościowego lokum, a starszym osobom, które przez całe swoje życie wierzyły w ten kraj, nie wystarcza środków na utrzymanie się w mieszkaniu czy kamienicy. To właśnie tacy ludzie, łapiąc się ostatniej deski ratunku, zamieszkają na ogrodach działkowych. To nie „cwaniacy”, jak nazywa ich Polski Związek Działkowców w uchwale 1/IV/2015 Krajowej Rady PZD, ale ludzie zmuszeni przez życie do zamieszkania w altanie, by mieć jakikolwiek dach nad głową. W Poznaniu wśród rodzin zamieszkujących działki ogrodowe znajdują się zarówno takie, jak i te, które wcześniej zostały brutalnie wysiedlone przez „czyścicieli kamienic” ze swoich mieszkań (np. z lokali przy ulicy Piaskowej). 

Oczywiście każdy z działkowców zdaje sobie sprawę, że jego zamieszkanie na ogrodach jest  sprzeczne z ustawą ROD, Statutem PZD i Regulaminem ROD, ale zdecydowana większość nie ma alternatywy. Stanęli przed wyborem: albo działka ROD, albo życie „pod mostem”, więc nie ma się co dziwić, że decydują się na zamieszkanie na ogródkach działkowych. Co więcej, mieszkających na stałe na ogrodach działkowych przybywa, a na niektórych ogrodach przybywa także nadmetrażowych altan.

PZD pod koniec 2015 r. bardzo intensywnie rozpoczął debatę nad tym problemem. Niestety decyzje, które podejmuje, uderzają w mieszkających i posiadających nadmetrażowe altany. Konsekwencje poniosą zwykli ludzie. Ogólnie mówiąc, PZD jako stowarzyszenie ogrodowe prowadzące większość ogrodów w Polsce planuje wypowiedzenie umów dzierżawy działkowej osobom zamieszkującym, a także posiadającym nadmetrażowe altany. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że – w świetle nowej ustawy – ma do tego prawo. Uchwała Krajowej Rady PZD nr 362/2015 z 18.12.2015 r., uchwała Okręgowego Zarządu PZD w Poznaniu 1/V/2015 z 5.12.2015 r., a także komunikat Krajowej Rady PZD z 15.12.2015 r. w sprawie budownictwa ponadnormatywnego i zamieszkania na ROD jednoznacznie wskazują, że wiele osób może utracić dach na głową. 

Niektóre władze okręgowe PZD już rozpoczęły kampanię rugowania mieszkańców działek z ich siedzib na terenie ogródków działkowych. Dla wielu tysięcy osób w Poznaniu i aglomeracji poznańskiej, jak też w całym kraju, oznaczać to może utratę miejsca zamieszkania i bezdomność. Musimy przypomnieć, iż osiedlanie się na działkach ogrodowych przybrało masowych charakter jeszcze w okresie przed 1989 rokiem i było odpowiedzią na niezaspokojone potrzeby mieszkaniowe z czasów PRL. Problem narastał także w okresie po transformacji. Polska w dalszym ciągu posiada jeden z najniższych w Europie współczynników liczby mieszkań przypadających na 1000 mieszkańców. Wskaźnik ten jest powszechnie uznawany za miernik niezaspokojonych potrzeb mieszkaniowych.

Trzeba też podkreślić, iż wiele osób zamieszkujących działki zwracało się do władz samorządowych w tej sprawie z wnioskiem o przydział lokalu komunalnego i uzyskiwały odmowę, ponieważ w urzędach twierdzono, że ich potrzeby mieszkaniowe są zaspokojone. Uznano zatem altany za mieszkania. Zgodnie jednak z Konstytucją Rzeczypospolitej Polski (art. 75) władze publiczne są zobowiązane do prowadzenia polityki sprzyjającej zaspokojeniu potrzeb mieszkaniowych obywateli.  Dziś ani miasto Poznań, ani żadna inna gmina nie może się uchylić od odpowiedzialności za ten stan rzeczy, a władze PZD winny powstrzymać się od rugowania mieszkańców działek ogrodowych, aż do momentu zabezpieczenia ich potrzeb mieszkaniowych. Jest oczywiste, że problem ten, który narastał od 30-40 lat, nie może zostać rozwiązany z dnia na dzień, a całej odpowiedzialności nie można zrzucać na mieszkańców ROD.

Pismo wręczone RPO podpisał prezes zarządu Stowarzyszenie Ogrodów Działkowych Forsycja Rafał Zawadzki i przewodnicząca zarządu Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów Anastazja Wieczorek-Molga.

Opublikowano w Informacje

Od wiosny 2014 tereny części ogródków działkowych im. 23 Lutego (przy ulicach Lechickiej/Umultowskiej) są zamieszkane przez społeczność Romów pochodzenia rumuńskiego. Na działkach przebywa kilkadziesiąt osób, z czego 1/3 stanowią dzieci.
Ogródki działkowe należące do Polskiego Związku Działkowców zostały w 2005 przejęte przez prywatnego właściciela. Od momentu prywatyzacji działkowcy zostali pozbawieni możliwości użytkowania tego terenu, natomiast około 50 altan działkowych zamieniło się w niszczejące pustostany.

30 marca 2014 roku miała miejsce blokada eksmisji rodzin romskich zamieszkujących pustostan przy ul. Krauthofera w Poznaniu. W efekcie blokady eksmisji oraz nagłośnienia medialnego odbyło się spotkanie konsula Rumunii wraz z urzędnikami miejskimi i Romami. Następnie, odbyło się również zamknięte spotkanie w Urzędzie Miasta na temat imigrantów romskich przebywających w Poznaniu. Nie podjęto żadnych rozwiązań, które umożliwiłyby imigrantom romskim korzystanie z podstawowych praw na terenie Polski.

W efekcie nacisków ze strony prywatnego właściciela terenu, przy równoczesnym ignorowaniu problemu imigrantów przez władze miasta oraz Urząd Wojewódzki i Rzecznika ds. Mniejszości Narodowych, Romowie, by zapewnić sobie dach nad głową, byli zmuszeni zająć następny pustostan. Aktualnie już ponad rok przebywają na terenach ww. byłych ogródków działkowych.

Kilka dni temu na terenie działek pojawił się przedstawiciel właściciela, który zapowiedział wysiedlenie koczowiska oraz wyburzenie wszystkich altan działkowych. Deklarował przy tym, że posiada odpowiednie zezwolenia od właściciela terenu oraz przedstawicieli władz miejskich.

Przedstawiciele społeczności romskiej, zaspokajający swoje potrzeby mieszkaniowe na terenie byłych ogródków działkowych, nie mogą być eksmitowani bez procesu sądowego. Ich obecna sytuacja jest konsekwencją zaniechań i braku systemowego działania w związku z „kryzysem” jaki wybuch wokół wysiedlenia przy ulicy Krauthoffera. Chociaż w wyniku tamtej sytuacji władze wiedziały o problemie, nie uczyniono nic, aby na trwałe go rozwiązać. Powodem tego stanu rzeczy są uprzedzenia wobec Romów, zwłaszcza imigrantów romskich o niskim statusie materialnym, pochodzących z Rumunii.

Podejmowane przez Romów próby zarejestrowania pobytu przez lata nie powiodły się – urzędnicy odsyłali ich od drzwi do drzwi. Podstawową potrzebą rodzin romskich jest zapewnienie im dachu nad głową. W związku z trudną sytuacją mniejszości Romy rumuńskiej zamieszkującej Poznań wyrażamy swój głęboki sprzeciw wobec polityki władz miasta i braku reakcji na kolejny konflikt, jaki od 2012 roku wybucha wokół dramatycznie trudnej sytuacji tej grupy imigrantów. Legitymizuje i akceptuje się praktyki represji i rasizmu instytucjonalnego skierowanego przeciwko tej grupie, której wielu członków urodziło się i dorastało na terenie Poznania – większość romskich dzieci to poznaniacy.

Zapowiadamy protesty i ewentualne blokowanie nielegalnego wysiedlenia koczowiska.

                                      Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów

Opublikowano w Informacje
poniedziałek, 22 grudzień 2014 06:53

„Prawo do miasta” i neoliberalna polityka wysiedleń

Od jakiegoś czasu w centrum debaty publicznej coraz częściej słyszymy sformułowania tupu: „miejskie ruchy”, „miejscy aktywiści” „miejskie kongresy”, „miejskie tezy”… „działania”, „spotkania”, „debaty”...a nawet i „miejskie kampanie wyborcze”. Niestety w większości przypadków w tej modzie na „miejskość” wszelkie kwestie problematyczne dotyczące miast i ich mieszkańców sprowadzają się do galerii handlowych, zieleni, kultury i ewentualnie dróg rowerowych czy deweloperów. Nawet w debacie o czyścicielach kamienic, miejscy aktywiści nie podejmują tematu wysiedleń, zazwyczaj skupiając się tylko i wyłącznie na osądach moralnych zachowań właścicieli. Niczym ksiądz z ambony. W tak postrzeganej „miejskości” pomijana jest analiza kluczowych procesów dla miast i mieszkańców.

Podejmując próbę poszerzenia perspektywy, należy rozpocząć od wskazania, że ogólne zmiany jakie wystąpiły w Polsce w okresie potransformacji, drastycznie zmieniły w dłuższej perspektywie zarówno otoczenie ekonomiczne, w którym żyją mieszkańcy i działają ruchy społeczne, jak i środowisko polityczne, co wpływa na nowe formy oporu mieszkańców. Aby rozwijać potencjał hasła:„prawa do miasta”, jako zawołania użytecznego w działaniu społecznym, nie tylko w budowaniu „miejskiej klasy kreatywnej”, ale jak wskazywał D. Harvey - politycznego ideału, musimy najpierw zapytać o to, jakie zmiany są najbardziej kluczowe dla procesów miejskich? I jak one wpłynęły na trajektorię miejskiego oporu? W tym celu niezbędna jest analiza jednego z kluczowych problemów: wysiedleń. Kto za nimi stoi, jaka jest ich skala i co o nich wiemy?

Neoliberalna narracja a wysiedlenia

Neoliberalna polityka zarządzania miastem charakteryzuje się między innymi określoną narracją, której jednym z głównych celów jest utrzymywanie społecznych nastrojów w bezpiecznych ramach. Szczególnie w momentach kryzysowych, czyli wtedy, gdy mieszkańcy
coraz bardziej odczuwają negatywne skutki miejskich polityk – np. poprzez wzrost czynszów, eksmisje czy gentryfikację. Do uciszania krytyki i oporu jako skuteczne służy między innymi potransformacyjny dyskurs. Pojawił się zaraz po roku 1989 i jest nadal pielęgnowany. Dzieli on ludzi na ekonomicznie użytecznych i nieużytecznych. A co najważniejsze, tworzy w społecznej świadomości mit, zgodnie z którym gospodarka samo się reguluje, a kryzysy nie występują, lub są czymś wyjątkowym.

Stosownie do tych założeń ci, którym się nie udało, czyli ofiary negatywnych skutków projektu neoliberalnego, są sami sobie winni. Eksmitowani „pasożyci” czyhający na mieszkania socjalne, „nieodpowiedzialne” matki rodzące dzieci mimo ubóstwa, „leniwi” lokatorzy, niepłacący czynszu. Ich główny problem, to rzekome niedoststosowanie do transformacji.(1) Ocena i kategoryzowanie ludzi pod kątem przydatności stało się pewnego rodzaju społeczną oczywistością. Kolejnym elementem budowania dyskursu, a co za tym idzie łagodzenia społecznych nastrojów krytycznych i dewaluowania głosu oporu, jest brak powszechnej znajomości danych na temat realnych społecznych sutków neoliberalnych projektów. Wysiedlenia nie były jak dotąd tematem jakiejś szczególnej debaty publicznej, oprócz kilku nagłośnionych eksmisji czy „czyszczonych” kamienic. Jaka jest skala tego zjawiska? Ile wysiedlonych kamienic stoi aktualnie pustych? Te pytania powinny być w centrum uwagi użytecznej społecznie „debaty miejskiej”

Jeżeli nawet decydenci zdają sobie sprawę z tego, że problem brutalnych i niezgodnych z prawem wysiedleń istnieje i to na dużą skalę, zależy im na tym, by wiedza ta pozostała poza zainteresowaniem opinii publicznej. Mogłoby się bowiem okazać, że przy obecnej strategii władz, nie da się rozwiązać miejskich problemów w perspektywie następnych kilkudziesięciu lat, a sytuacja jest poza kontrolą.

Strategie wysiedleń – eksmisja i zastraszanie

Zgodnie z dostępnymi danymi tylko w latach 1995-2012 liczba oficjalnie wniesionych pozwów o opróżnienie lokalu utrzymywała się na mniej więcej stałym poziomie, oscylując pomiędzy 31,2 a 41,2 tys. rocznie. W okresie od 1999-2000 polskie sądy odnotowały najwięcej spraw eksmisyjnych – ponad 40 tysięcy. Według szacunków około 600 tys. pozwów znalazło się w sądach od 1995 roku do dziś. Dotyczyło to przypuszczalnie około 1,8 miliona osób. Po wyroku, duża część lokatorów, wyprowadza się sama, jedynie pod presją sądu i procedury administracyjnej. Najbardziej oporni są wysiedlani przymusowo. W omawianym okresie komornicy wykonali ponad 130 tys. eksmisji, z czego w początkowej fazie około 70% z nich była wykonywana bez przydziału do lokalu socjalnego. Po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego dot. zakazu eksmisji na bruk, w dalszym ciągu około 40% wysiedleń było wykonywanych faktycznie na bruk, czyli do lokali tymczasowych: zdezelowanych hoteli robotniczych, starych baraków, opustoszałych magazynów. Liczba zatem wniesionych pozwów stanowi najbardziej użyteczne dane nt. wielkości tego zjawiska, gdyż same eksmisje, stanowią działanie ostateczne.

Nieewidencjonowane są natomiast dane dotyczące ilości osób wysiedlonych z pominięciem prawa lokatorskiego. Metody te stosują zarówno prywatni właściciele jak i nawet władze samorządowe. W tym drugim przypadku za przykład może posłużyć Wałbrzych, którego władze odcinały prąd i gaz mieszkańcom. Działanie to miało zmusić lokatorki bloków komunalnych do wyprowadzki. Prywatni właściciele i banki w całej Polsce skorzystali z tej lekcji i poszli śladami co bardziej nowatorskich władz lokalnych. Zaczął się rozwijać rynek usług związany ze skupem roszczeń czynszowych czy zawodowym nękaniem lokatorów. Zastraszani mieszkańcy wyprowadzają się, co odnotowuje się jako tzw. dobrowolne opuszczenie lokalu, choć realnie jest to po prostu wysiedlenie.

Bez prawa do lokalu socjalnego

Asymetria sił pojawia się już w sądzie. Często przeciwko lokatorowi występuje jednym rzędem prywatny właściciel i gmina. Władza lokalne korzystają z tzw. interwencji ubocznej. Podczas rozpraw sądowych o opróżnienie mieszkania, decyduje się często o przydziale bądź nie lokalu socjalnego. Gmina występuję tu w roli strony na prawach tzw. interwenienta ubocznego. Często bez zapoznania się z indywidualną sytuacją osoby czy rodziny, która na drodze sądowej stara się o przydział lokalu socjalnego, zostaje po prostu złożony wniosek by mieszkania tego nie przydzielać. Uzasadnieniem najczęściej to brak lokali socjalnych.  Czytamy wówczas w wyrokach sądów, że gmina lokali nie posiada, więc wnosi o ich nie zasądzanie.

Podejście to ilustruje też wypowiedz Jarosława Pucka, szefa poznańskiego Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych, dla jednego z lokalnych tytułów prasowych: „Korzystamy z tego prawa od około 4 lat, bo nie mamy lokali socjalnych. Robimy tak przy prawie każdej eksmisji, w 99% przypadków stajemy po stronie właścicieli i wnosimy o nieprzyznawanie lokalu socjalnego”. „Pucek mówi  - jak pisze dalej gazeta -  że działanie to przynosi realne skutki – jeszcze kilka lat temu prawie przy każdej rozprawie sądy przyznawały prawo do lokalu socjalnego. W tej chwili jest tego dużo mniej”. Zapytany przy okazji innej debaty o skalę zapotrzebowania na mieszkania socjalne w Poznaniu, Pucek stwierdza „jest coraz lepiej, miasto przydziela coraz mniej lokali socjalnych”.

Rzeczywistość zdaje się być zgoła inna, zwłaszcza z perspektywy mieszkańców. Dla przykładu w Poznaniu Urząd Miasta ocenia niedobór mieszkań dla najniżej materialnie sytuowanych rodzin na około 2- 3 tysiące. Natomiast zgodnie z danymi szacunkowymi na które powołuje się Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów ta liczba jest o wiele wyższa i może sięgać nawet 10 tysięcy lokali. Oprócz około 2 tys. rodzin zagrożonych eksmisją i kilkuset osób oczekujących na przydział lokalu, pozostają jeszcze tysiące rodzin mieszkających w przepełnionych substandardowych mieszkaniach. Jednocześnie w Poznaniu wybudowano od połowy lat 90. do 2012 roku 832 mieszkania komunalne, co jest kroplą w morzu potrzeb, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt jednoczesnego skurczenia się gminnych zasobów mieszkaniowych o ok. 12 tysięcy lokali. Bezpośrednią konsekwencją tak prowadzonej polityki miejskiej są kolejne wybuchające konflikty lokatorskie, wzrost czynszów i masowe wysiedlenia.

Kto wysiedla?

Głównymi podmiotami odpowiedzialnymi za wysiedlenia są banki, władze lokalne oraz prywatni właściciele. W Poznaniu kamienica przy ulicy Piaskowej była pierwszym przypadkiem ujawnienia procederu wykupu nieruchomości przez spółki córki powiązane z NeoBankiem. Opór mieszkańców i zainteresowanie mediów ujawniło skalę zjawiska. Do Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów zaczęły się zgłaszać inni poszkodowani lokatorzy. Już po kilku miesiącach okazało się, że w podobny sposób wysiedlono w Poznaniu kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt kamienic na przestrzeni ostatnich 10 lat. Spekulacje nieruchomościami wytworzyły nowy rynek usług spółek zajmujących się czyszczeniem kamienic. Natomiast banki to finansują.

Kamienica znajdująca się na objętej programem rewitalizacji ulicy Taczaka w Poznaniu, stanowi kolejny przykład wysiedleń, tym razem przez władze lokalne. Budynek opustoszał w efekcie zwyżki czynszów i presji formalnej. Niektórzy z lokatorów mieszkali tam 40 lat. Jedna z kamienic została przejęta przez Urząd Marszałkowski, a lokatorzy otrzymali informację o wypowiedzeniu umów najmu. Ci, którzy mieli lepszą sytuację materialną wyprowadzili się. Zostali najniżej uposażeni: para emerytów i samotna starsza wdowa. Urzędnicy zamiast wsparcia prawnego wybrali inne metody – co jakiś czas dzwonią do lokatorów nakłaniając do dobrowolnego opuszczenia lokalu. Budowanie presji psychicznej, nakłanianie do wyprowadzki w tej sytuacji utożsamiane jest z nękaniem. Urząd Marszałkowski, jako jednostka samorządu terytorialnego chce uniknąć w ten sposób procesu eksmisyjnego, w wyniku którego emeryci mieliby szansę na przydział lokalu socjalnego.

Co dzieje się z wysiedlonymi?

Nikt w zasadzie nie zajmuje się badaniami na temat tego, jak radzą sobie ze wzrastającą ilością wysiedleń mieszkańcy miast. Z niektórych naszych poznańskich ustaleń wynika, że osoby z wyrokami eksmisyjnymi stanowią prawdopodobnie 1/3 mieszkańców lokali socjalnych. Część w odpowiedzi na wysiedlenia po prostu skotłuje mieszkania, najchętniej należące do gminy, ale bywa, że także lokale prywatne.

Niektórzy korzystają ze wsparcia rodziny, czy znajomych - wynajmując mieszkanie w kilka osób. Tu z kolei dane wydają się wskazywać, iż w przypadku najniżej uposażonych grup, rośnie zatłoczenie. W stolicy Wielkopolski ok. 55 tys. osób (ok. 10% ludności) mieszka w warunkach, gdzie na jedną osobę przypada mniej niż 10 metrów powierzchni użytkowej, przy średniej w Poznaniu 26 metrów kwadratowych, a w miastach europejskich 32 metry kwadratowe. 

Na przykładzie Poznania wiadomo też, że wzrasta liczba osób chcących skorzystać z niektórych noclegowni (dziś dysponują one ok. 1500 miejscami). Zgodnie z relacjami pracowników socjalnych, często przyczyną bezdomności jest eksmisja. Wreszcie inni, starzy i schorowani, trafiają do domów pomocy społecznej.

Podsumowanie: od demonstracji po skłotowanie

Formy oporu przed brutalnymi wysiedleniami są zróżnicowane. Od okupacji urzędów miejskich, barykadowania kamienic, chroniąc się tym samym przed czyścicielami, budowania wspólnot walki po przejmowanie pustostanów. Oddolnie organizowana pomoc prawna, a także tworzenie koalicji mieszkańców np. ze środowiskami akademickimi i artystycznymi, pozwala pozyskiwać nowe dane, budować narzędzia krytyki niezbędnej do tworzenia alternatywnej narracji i wyjaśnień sytuacji.

W Poznaniu konflikty lokatorskie związane z ujawnieniem procederu „czyszczenia kamienic” stały się przyczynkiem do szerszej diagnozy sytuacji mieszkaniowej. Wiele budynków zostało wysiedlonych przez tzw. czyścicieli. Budynki te mogłyby pełnić funkcje lokali socjalnych, jednak duża część z nich nadal stoi pusta. Konsolidacja mieszkańców podczas organizacji pierwszej demonstracji lokatorskiej, która 20 marca 2012 roku przeszła ulicami Poznania ujawniła skalę tego zjawiska. Co kilkadziesiąt metrów uczestnicy marszu zatrzymywali się pod kolejną wysiedloną kamienicą. Trasa demonstracji wiodła jedną z najbardziej gentryfikowanych i dotkniętych wysiedleniami dzielnicy Poznania - Łazarza.

Opór bezpośredni to także zajmowanie pustych lokali, często motywowane przymusem ekonomicznym. Wyniki badań przeprowadzonych przez grupę badaczy i badaczek związanych z Wielkopolskim Stowarzyszeniem Lokatorów na dwóch osiedlach socjalnych w Poznaniu wskazują, że 1/3 mieszkańców trafiła na osiedle z powodu eksmisji, natomiast co dziesiąty lokator mieszkanie zaskłotował. Najczęściej były to wielodzietne rodziny. Tego typu badania, skupione na wysiedleniach i współtworzone wraz z mieszkańcami ukazują w jaki sposób i ile ludzi jest zmuszonych do zajmowania pustostanów, by zapewnić sobie dach nad głową.

Tym nie mniej neoliberalne projekty są nadal ochoczo wdrażane, przy jednoczesnym procesie reform społecznych mających na celu deregulację i zastąpienie systemu opiekuńczego (welfere) systemem zmuszającym do pracy (workfare). Banki nadal dokonują systematycznie masowych przejęć nieruchomości. Nierzadko miejskie programy rewitalizacji, w które wpisuje się tez wiele „nowych ruchów miejskich”, sprzyjają spekulacjom cenowym i ostatecznie wysiedleniom.  Pojawiają się nie tylko śmieciowe umowy o pracę, ale śmieciowe umowy najmu. Stały się one „śmieciowe” przez brak gwarancji stabilności mieszkaniowej. Jak pokazują opisane przykłady, ochrona praw lokatorskich praktycznie nie istnieje, a kolejne grupy są pozbawiane dachu nad głową, a zatem „prawa do miasta”. Mieszkania komunalne zdawały się stanowić bardziej stabilne umowy najmu. Jednak prywatyzowane są resztki zasobów komunalnych, co destabilizuje warunki mieszkaniowe. Przybywa więc eksmisji i ludzi realnie bezdomnych, choć niekoniecznie tak ujmowanych w miejskich statystykach.

Koszty śmieciowych umów, zarówno lokatorskich i pracowniczych, ponoszą przeciętnie i  najniżej uposażeni, zwłaszcza kobiety, samodzielne matki, osoby starsze, ubogie – to one od lat zajmują pustostany. Całymi rodzinami, bez nazywania swoich działań „projektem miejskim”, odpowiadają w ten sposób na kryzys miast i rosnącą skalę nielegalnych wysiedleń. Temat wysiedleń powinien być w centrum debaty „miejskiej”, a co najmniej nie powinien być w niej pomijany. W innym przypadku tzw. nowe ruchy miejskie i hasło „prawo do miasta” to tylko pusty slogan, użyteczny w budowaniu tożsamości przede wszystkim klasy kreatywnej i programów wyborczych rządzących.

                                                                     Tekst ukazał się pierwotnie na łamach Le Monde Diplomatique – edycja polska

Opublikowano w Publicystyka